4 years ago

26 June 2014


 It was a perfect summer day. We felt so lucky.
4 years on, it's a perfect summer day, I feel even more lucky. 

Wzloty i upadki czyli dwa tygodnie na SORze [in PL]

10 May 2014

‘Everybody should walk through an Emergency Room at least once in their life because it makes you realise what your priorities are. It’s not the ‘rush rush rush’ and the ‘money money money’, it’s the people you love and the fact that one minute they might be there and one minute they might be gone”


- Liz Hobbs, King’s A&E Consultant


Jako pacjentka byłam na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym tylko raz. W podstawówce podtknęłam się o własną noge próbując zrobić dwutakt na wuefie.  Moja stopa dziwnie się wygieła i w podskokach na jednej nodze udałam sie do szkolnej pielęgniarki. Szpital, gips do kolana przez 3 tygodnie. Super było. Żałowałam, że nie zaliczyłam złamania, które byłoby powodem do dumy i robiło większe wrażenie na koleżankach niż zwichnięcie.

Teraz jestem na A&E codziennie po okolo 6-7h przez pięć tygodni. Mój szpital, jeden z dużych wiktoriańskich budowli z poczerniałego od smogu piaskowca, dobrze pamięta czasy kiedy gruźlicy wylegiwali się na jego półokrągłych balkonach w nadziei na parę promieni słońca. Wchodzę przez boczne wejscie i myślę, że to miejsce najbardziej przypomina mi sierociniec Toma Riddla z Harrego Pottera. Kto wie, moze Rowling inspirowała się architekturą Glasgow.

Od pierwszego dnia jestem wrzucona na głeboką wodę, to podobno najlepszy sposób żeby sie nauczyć.  Brytyjskie szkoły medyczne wyznają zasadę „ see one, do one, teach one”. Pacenci są segregowani  przez doświadczone pielęgniarki według powagi tego z czym się zgłosili na oddział. Niektórzy wiedzą, że magiczne słowa „chest pain” dadzą im czerwoną kategorię, a jak dodadzą że ból promieniuje wzdłuż ramienia mogą nawet liczyć na Priority 1, czyli miejsce na łózku do resuscytacji a nie w korytarzu, własną pielęgniarkę i paru młodych lekarzy do usług.

Moje zadanie to zbieranie wywiadu i badanie pacjentow z pomarańczową i zieloną kategorią, czyli tych którzy mogą poczekać do 4h zanim zobaczą prawdziwego lekarza. Żałuję, że nie mogę nosić scrubs, takich piżamowych ubrań jakie noszą chirurdzy i lekarze na SORze. Podobno pacjenci się skarżyli że lekarze stoja i nic nie robią, a byli to studenci którzy czekali na kolejne zadanie.


Połowa sukcesu w byciu dobrą studentką i młodym lekarzem jest zaprzyjaźnienie się z pielęgniarkami. Pierwszego dnia pytam czy mogę w czymś pomóc i po paru minutach wynoszę pełne nocniki i brudną pościel. Taki sprawdzian. Następnego dnia pielęgniarki znają moje imię „Maggie, would you mind doing an ECG on that wee man on trolley 4?” – chyba zdałam.

Po weekendzie majowym oddział pęka w szwach. Nie mamy miejsc nawet na korytarzu. Okazuje się że trzeba powtórzyć badanie krwi u mężczyznt z podejrzeniem zawału serca. Pytam czy mogę pobrać krew i słyszę „As long as you know where you’re putting it in...”. Za chwilę wkładam wenflon młodemu chłopakowi, jego babcia stoi nade mną i komentuje „ Oh, that looks sore, I don’t think it went in, are you ok darling? Are you sore? You look sore „.Wenflon wypadł. Idę po lekarza i pokazuję kciuk w dół. Porażka.


Zanim się objerzę jest 21, koniec mojej zmiany. Dzwoni czerwony telefon (karetka daje nam znać, że wiozą ciężki przypadek, szykujemy miejsce do resuscytacji, jedna osoba rodziela role: „You’re doing A, can you do B and I’ll do C. Let’s get a blood glucose, set of obs and an ECG as well”). W resuscytacji używamy systemu ABCD, airway breathing circulation disability – najpierw zajmujemy sie problemami które zabija pacjenta najszybciej. U pacjenta ktory ma ostry atak astmy nie ma sensu sprawdzać czy ma niski cukier, bo zwężone drogi oddechowe zabiją go szybciej niż hipoglikemia.  Lekarz pyta czy mogę zostać i pomóć z pobieraniem krwi i wenflonami. Pierwszy raz nie czuję się jak piąte koło u wozu.

Następnego dnia przychodzę na popołudnie. Zajeżdżam na ulubioną kawę po drodze do szpitala i nie spodziewam się, że będzie to dzień kiedy po raz pierwszy ktoś umrze na moich oczach. Kolejna zmiana pełna wenflonów, EKG, rozmawiania z pacjentami, zbierania wywiadów. Coraz częsciej mam wrażenie, że niektórzy ludzie przychodzą na SOR bo nie mają z kim porozmawiać w domu. Ktoś miał wysypkę od trzech dni i nie chciało mu się czekać na wizyte u  lekarza pierwszego kontaktu, kogoś bolą plecy od dwóch tygodni ale postanowił przyjść akurat dzisiaj. „Sometimes I think we should hire someone to stand at the front door and give people hugs. That’s just what 80% of our patients want anyway.” – komentuje jeden z pielęgniarzy.

Idę włożyć kolejny wenflon. Starsza pani ostrzega mnie, że ma kiepskie żyły. Szykuję sobie wszystko na tacce, wkładam wenflon, robie opatrunek. Wszystko idzie gładko a na koniec starsza pani mówi do mnie: „Nie wierzę, że ci się udało za pierwszym razem. Będę cię polecać moim koleżankom”. „You’re a star” – dodaje kiedy odchodzę. Najlepszy komplement jaki dostałam tego roku.


Pod koniec dnia wszyscy są zmęczeni, podjadamy sobie czekolade i orzeszki ziemne w pokoju z komputerami. Konsultanci (tutejszy odpowiednik ordynatorów) siedzą obok stażystów, lekarze sa na „ty” ze wszystkimi pielęgniarkiami. Czasem salowa wpadnie na pogaduszki. Nie czuje się żadnej hierarchii. How was your holiday?” ordynator pyta jedną z rezydentek. “Fab, I prefer rescuing elephants in Thailand than alcoholics in Easterhouse [1]”.

Koniec mojej zmiany. Idę korytarzem obok rentgenu I widzę płacząca staruszkę na wózku. Mówi mi że siedzi tu od paru godzin i czeka na konsultacje ze specjalistą. Zanosi się płaczem i ma serdecznie dość. Robię jej herbatę i tosta z dżemem i kucam żeby porozmawiać przez chwilę.

Wychodzę ze szpitala, szłyszę głos karetki w oddali i zastanawiam się kogo wiozą.

Chyba się troche uzależniłam od tego SORu.
­____________________
[1] szemrana dzielnica Glasgow

Jak zawsze wszystkie opisane przypadki i spotkania z pacjentami sa wymyślone i/lub kompletnie anonimowe.

PS. Brytyjski Channel 4 robi świetny serial dokumentalny 24h in A&E - kilkdziesiąt kamer zostałow zamontowanych na ścianach jednego z najbardziej obleganych SORów w Londynie w szpitalu przy King's College. Serial pokazuje historie pacjentów którzy weszli przez drzwi SORu przez 24h, włacznie z ich rozmowami z rodziną i lekarzami. Polecam. 




Psychiatria nie taka straszna... // Medic's Diaries [ in PL]

3 May 2014


Nigdy nie myślałam o tym, że w pewnym momencie mojego życia spędzę pięć tygodni na oddziale psychiatrycznym; że pacjenci będą mi mówić o swoich najskrytszych lękach, sytuacjach z dzieciństwa o których nikt nie chciałby pamiętać, a jednak nie może zapomnieć. Studiowanie medycyny jest dziwną sprawą pod tym względem. Okazuje się że ludzie chcą się otwierać przed studentami czasem nawet bardziej niż przed własnym lekarzem. W przypadku pacjentów cierpiących na choroby myśli trudniej to ocenić; czasem nie wiem czy pacjent wie kim jest, dlaczego się tu znajduje. Czy może w takim przypadku podjąć świadomą decyzję o tym czy chce wyjawić swoje sekrety studentce, która chce poćwiczyć zbieranie wywiadu psychiatrycznego? Trudno powiedzieć.

Wchodzę na oddział i uderza mnie zapach świeżo malowanych ścian. Nie mam karty wstępu, więc naciskam srebrny guzik domofonu i czekam. Nikt nie odpowiada. Pani sprzątaczka wychodzi akurat z wiadrem przez wahadłowe drzwi. Hello, my name is Maggie, I’m one of the medical students… – szybko recytuję dobrze wyćwiczona formułkę.  “Aye, that’s fine, doctors’ office is at the end of the corridor, on the right hand side”. Po drodze mijam kilka pacjentów we własnych ubraniach, a nie ja to jest w zwyczaju na innych oddziałach w piżamach. Staram się nie gapić, i zastanawiam czy nieśmiały uśmiech jest na miejscu. Na oddziale kardiologii czy interny nawet by mi to przez myśl nie przeszło – rozdaje uśmiechy na prawo i lewo. Często odwzajemnione, czasem nie. Nie rozmyślam czy ma to jakieś znaczenie, czy zbyt skory uśmiech jest oznaką manii.

Kolejny raz tego dnia łapię się na tym, że jestem czujna i momentalnie jestem zawiedziona swoim nastawieniem. Nikt mnie nie przygotował na początek praktyk na psychiatrii. Nikt nie powiedział: pajenci chorzy psychicznie nie są bardziej niebezpieczni niż ci po paru głębszych, których uspokajasz na oddziale ratunkowym w piątkowy wieczór. Nie ma się czego obawiać, to tylko chorzy ludzie. Tego dnia mam iść na obchód. Jestem zaskoczona, kiedy lekarka zaprasza mnie do małego pokoju z fotelami, gdzie już siedzi farmaceutka i pielęgniarka i tłumaczy, że tutaj pacjenci przychodzą na rozmowę i tak wygląda obchód. Badanie myśli polega na rozmowie. „Jak sie dziś czujesz” – pada pytanie. „Strasznie zmęczony, te leki mnie dobijają; Wyglądasz na zdenerwowanego, o czym myślisz. Boje się o własne życie, jestem śledzony”; „Słyszysz nadal głos ludzi, którzy komentują każdy twój ruch?”,  „Mam dosyć wszystkiego”. Staram się nie okazywać zdziwienia jakie wywołuje we mnie rozmowa po rozmowie z pacjentami. Przypomina mi się Piękny Umysł.

Po pierwszym tygodniu zaczynam widzieć analogie między pacjentami i jedno jest pewne: życie nie było dla nich łaskawe. Wielu miało bardzo trudne dzieciństwo, przemoc fizyczna i emocjonalna, bicie, alkohol i narkotyki w rodzinie są częścią historii prawie każdego pacjenta. Najbardziej przykre są historie ludzi, których choroba została wykorzystana przez ich otoczenie – pacjentki które ufały kolejnym partnerom, a po dwóch tygodniach zostały z wielotysięcznym długiem i złamanym sercem. Matki, które tęsknią za swoimi dziećmi, ale nie maja praw rodzicielskich przez swoja chorobę. Mężczyźni, którzy są w szpitalu od parunastu miesięcy, a nadal żyją w przeświadczeniu, że ich życie jest zagrożone i nie mogą sobie poradzić ze strachem.
Pod koniec piątego tygodnia rozmawiam z pacjentami sam na sam. Jestem zupełnie spokojna, znam pacjentów po imieniu, a oni też wiedzą kim jestem. „Jak się dziś czuje Marta, mogę z nią porozmawiać. „O, dużo lepiej. Spytaj ją sama, jest w swoim pokoju”. „Aye Maggie, no problem, let me go for a smoke, I’ll back in two minutes” – odpowiada. Rozmawiamy przez dobrą godzinę. Zauważam, że Marta jest uczesana po raz pierwszy odkąd jestem na oddziale. Utrzymuje dobry kontakt wzrokowy i rozmowa płynie naturalnie. Pytam o głosy, odpowiada że nic już nie słyszy. Leki zadziałały. Nie może się doczekać kiedy zobaczy swoją córeczkę i synka, którzy zostali w domu z babcia. Skarży się, że przytyła od leków. Leki przeciwpsychotyczne znane są ze swoich efektów ubocznych. Leczenie myśli to trudna sztuka, często wybór między zdrowym ciałem a zdrowym umysłem.

Dziękuje Marcie za rozmowę i wychodzę z oddziału. Mijam po drodze parę pacjentów. Niektórzy patrzą w ziemię i człapią powoli przed siebie. Mała grupka ogląda telewizję w pokoju dziennym. Dwoje rozmawia z pielęgniarkami, ktoś powiedział coś zabawnego bo wszyscy się śmieją. Zauważam normalność tego miejsca. Oddział jak każdy inny. Nie ma drzwi bez klamek, krzyczących głosów zza zamkniętych drzwi. A elektrowstrząsy to niemalże chirurgiczny zabieg w dziejszych czasach (w zupełnym znieczuleniu, w obecności anestezjologa). Często ratujący życie.

Psychopatologia jest fascynująca. Mimo, że nasze mózgi są tak różne, kiedy zmienia się chemiczny koktajl neurotransmiterów i zaczyna choroba psychiczna, nasze myśli kierują się na podobne tory. Przeświadczenie o zagrożeniu życia (urojenie prześladowcze), o byciu śledzonym, bezpodstawna nieufność lub zazdrość, głos komentujący każdy twój ruch – są klasyczne dla schizofrenii i paranoi. Przekonanie o szczególnej wielkości własnej osoby (jestem królową Anglii, właśnie jadę spotkać się z Pamelą Anderson na lotnisku) – to domena maniaków. „A co jeśli się okaże, że jestem złym człowiekiem? Lepiej nie pójdę na zakupy, bo mogę przypadkiem coś ukraść. Jak umyje ręce trzy razy, jest mniejsza szansa, że będę miała atak paniki„ – tak myślą cierpiący na nerwicę natręctw. Jest wiele innych przykładów opisanych w literaturze, niektóre dziwniejsze i bardziej niespotykane (np. zespół Cotarda, Otella, urojeniowy syndrom błędnej identyfikacji czy halucynoza pasożytnicza). Wspólny mianownik wszystkich chorób to brak możliwości normalnego funkcjonowania. Choroba staje się głównym aspektem życia. Chore myśli sprawiają, że nie dbasz o siebie, nie masz na nic ochoty, zaniedbujesz relacje, rodzinę, pracę, studia, nie możesz sie na niczym innym skupić. Jesteś wyczerpana i potrzebujesz pomocy. Tylko co jeśli mieszkasz sama w mieszkaniu społecznym a twój partner jest zainteresowany jedynie twoimi zasiłkami i butelką wódki?


Choroby, z którymi nie miałam wcześniej styczności teraz są mi dużo bardziej znajome, i przez to mniej straszne. Myśli, czy sama się nie zdiagnozuję przed końcem praktyk, już mnie nie nachodzą. W duchu dziękuję za dobre relacje z rodziną, za szczęśliwe dzieciństwo. Zastanawiam się z czego wynikało moje uprzedzenie do psychiatrii. Z tego, że w mediach nie celebrujemy tego, że klozapina zadziałała u kolejnego pacjenta i może wrócić do domu, tylko słyszymy o psychopacie który zabił rodzinę. Z filmów, książek? Schizofrenia, psychoza, depresja, choroba afektywan dwubiegunowa (bipolar disorder), anoreksja – tak to straszne choroby. Tak, często odporne na leczenie i rujnujące życie. Ale czy dużo straszniejsze niż POChP, które sprawia że człowiek nie może złapać oddechu, albo niewydolność serca powodująca wrażenie, że się topisz w środku nocy. Sedno problemu leży tam, gdzie zwykle, czyli w złamanych relacjach ludzkich, w braku pomocy dla rodzin z problemami, w przepaści społecznej. 

Oczywiście, możemy zrzucić winę na dopaminę i szlak mezolimbiczny. Wydawało ci się kiedyś, że ktoś zawołał twoje imię na ulicy, odwróciłaś się a nikogo tam nie było? Widziałeś pająka kontem oka, a był to tylko duży paproch? Podziękuj swojej dopaminie. Cieszysz się, że jest długi weekend i nie musisz iść do pracy/szkoły w poniedziałek? Rozmawiałaś ostatnio z rodzicami przez telefon? Polubiłaś zdjęcie swojego brata na facebooku? Dostałaś dodającego otuchy smsa od koleżanki przed egzaminem? Podziękuj losowi za przyjaciół i rodzinę. I mniejsze ryzyko choroby psychicznej.

------
Zdjęcia : moim zdaniem super-utalentowana Julia Mint, tu jest jej tumblr a tu flickr.
Wszystkie spotkania z pacjentami zostały wymyślone lub są zupełnie zmienione, przemieszane i anonimowe. 

Perfect frame

11 April 2014

Before going to Capri last summer, I imagined the perfect picture I would like to take. It was a beach full of people scattered here and there with a handful of people swimming in the sea. All seen from a cliff high above, beach-goes the size of ants, with colourful umbrellas dotting the white sand. Very vogue, you get the idea. Of course photography rarely works that way, and my case was lost from the very beginning as there are no sandy beaches in Capri. I was determined to look for opportunities to take a perfect frame, capture the moment I'd like to put up on a wall and remember what it was like being on this gorgeous island.

My perfect frame is not what I thought it would be. We went for drinks to one of the bars near Gradola beach (read rock shelf with a ladder). The sun was setting in the background and we enjoyed a few drinks and munching on pistachios. We laughed a lot because I got tipsy quite quickly as it was still before dinner and we usually skipped lunch in favour of gelato.

When it was time to go, we walked back up the steep steps to the bus stop and I spotted a lifeguard's red boat anchored near the rocks where we were sitting. It looked perfect on the background of dark blue sea and a faint silhouette of Ischia island on the horizon. I changed my camera settings to RAW and took the picture above.

When I look at it I remember the warm breeze from the sea, how content we were after a strong drink and with a prospect of a tasty dinner in one of the small Capri restaurants. Often the perfect frame is not the one you paint with your imagination, but one that finds you when you least expect it. (please excuse the cheesiness...)


Weekend in pictures

6 April 2014

^^J's breakfast

 ^^my breakfast

How was your weekend? Mine was very quiet... I guess that's what I needed. I'm on a psychiatry placement now (more on that later), which has been very interesting so far but by Friday I'm usually drained and ready for two days of not doing very much.

On Saturday I read my new issue of the Cereal magazine and tested a new bread recipe. Today we went to church and to Brew Lab for some good coffee and spent the afternoon watching "The first position" - a fascinating documentary following young ballet dancers preparing for the Youth America Grand Prix in New York City (it's available on Netflix now if you fancy watching it).

Anyway, I hope you had a relaxing weekend and here are some posts from around the web I enjoyed reading this week:


A tumblr that will always make you laugh.
The most honest blog about motherhood I've ever read.
A beautiful and candid post on loss and hope. 
Have you been to Marsille? Me neither, but we can go for a night walk in Marsille thanks to Google Maps.
This post makes me want to go to Marocco. I love the mountains and colors.
If you've ever freelanced as a graphic or web designer I'm sure you'll agree that this video is too true.  



Goodnight!